W środowej rozmowie na antenie RMF FM minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła właśnie tę drugą perspektywę, wskazując e-rejestrację jako kluczowe narzędzie porządkowania dostępu do specjalistów. Zapowiedziała, że od 1 lipca do systemu zostanie włączonych kolejnych osiem zakresów świadczeń, w tym leczenie mukowiscydozy, chorób płuc, gruźlicy, chorób zakaźnych oraz neonatologię. Jednocześnie – jak podkreśliła – od połowy roku e-rejestracja ma objąć już wszystkie podmioty, podczas gdy obecnie korzysta z niej jedynie około 30 procent placówek.
Wypowiedź ministry jasno pokazuje, że resort zakłada efekt skali. Według tej logiki e-rejestracja w obecnym kształcie nie ma jeszcze realnego wpływu na kolejki, bo działa fragmentarycznie. Dopiero pełne objęcie systemu jednym mechanizmem ma pozwolić na faktyczne zarządzanie dostępnością terminów i ruchem pacjentów. Sobierańska-Grenda zwracała uwagę, że szczególny nacisk zostanie położony na wizyty pierwszorazowe, które – w ocenie resortu – są jednym z głównych źródeł zatorów w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.
Minister argumentowała, że brak kontroli nad pierwszym kontaktem pacjenta ze specjalistą prowadzi do dublowania zapisów, wielokrotnego „rezerwowania” terminów i nieefektywnego wykorzystania dostępnych zasobów. E-rejestracja ma temu przeciwdziałać, nie likwidując tradycyjnych form zapisu, ale wprowadzając większą przejrzystość i możliwość monitorowania realnej dostępności świadczeń. To podejście organizacyjne, a nie stricte finansowe, które – jak sugeruje resort – ma przynieść poprawę bez natychmiastowego zwiększania nakładów.
Problem w tym, że równolegle publikowane dane nie pokazują jeszcze żadnego przełomu. Barometr WHC wskazuje, że średni czas oczekiwania na świadczenia pozostaje na poziomie około czterech miesięcy i od dłuższego czasu nie ulega istotnym zmianom. To właśnie ten rozdźwięk pomiędzy zapowiedziami a doświadczeniem pacjentów napędza dziś publiczną debatę. Z perspektywy chorych e-rejestracja pozostaje narzędziem przyszłości, podczas gdy potrzeba dostępu do lekarza dotyczy teraźniejszości.
W rozmowie radiowej Sobierańska-Grenda nie kwestionowała skali problemu, ale wyraźnie sygnalizowała, że bez uporządkowania organizacyjnego systemu dalsze działania będą mało skuteczne. Jej przekaz był jednoznaczny: skracanie kolejek nie zacznie się od spektakularnych decyzji, lecz od żmudnego budowania narzędzi, które pozwolą wreszcie zobaczyć, gdzie i dlaczego pacjenci czekają tak długo.
Ten sposób myślenia oznacza jednak, że 2026 rok może stać się dopiero momentem weryfikacji rządowych zapowiedzi. Jeśli od lipca e-rejestracja faktycznie obejmie wszystkie placówki i kolejne specjalizacje, dopiero wtedy będzie można ocenić, czy problem kolejek wynikał głównie z chaosu organizacyjnego, czy też z głębszych ograniczeń systemowych, których nie da się rozwiązać samym narzędziem informatycznym. Dla pacjentów ta różnica ma znaczenie drugorzędne – liczy się bowiem nie diagnoza systemu, lecz realna dostępność leczenia.

