esort zdrowia przekonuje, że zmiany są konieczne, bo obecny model nie przystaje do realiów budżetowych. Chodzi przede wszystkim o przesunięcie corocznej waloryzacji z 1 lipca na początek roku oraz dostosowanie współczynników dla części zawodów. Ministerstwo tłumaczy, że tylko wtedy będzie w stanie planować wydatki w sposób przewidywalny, a szpitale — szczególnie te najmniejsze — nie będą stawały pod ścianą przy każdej kolejnej podwyżce.
Związki zawodowe widzą to jednak zupełnie inaczej. Ich zdaniem zaproponowane korekty oznaczają spowolnienie wzrostu wynagrodzeń i odejście od założeń reformy z 2022 roku, która miała wreszcie uporządkować rynek pracy w ochronie zdrowia. Z tego powodu przedstawiciele strony społecznej opuścili ostatnie posiedzenie Zespołu, wysyłając jasny sygnał, że w tej formie rozmów nie zamierzają kontynuować.
Trzecią stroną sporu są pracodawcy — i to oni coraz wyraźniej sygnalizują, że bez zmian systemu po prostu nie udźwigną kolejnych podwyżek. W wielu szpitalach koszty osobowe przekraczają już 70 procent wszystkich wydatków, a narastające zadłużenie zaczyna być problemem nie jednostek, lecz całych regionów. Dyrektorzy placówek przekonują, że bez nowego harmonogramu i bardziej elastycznych zasad waloryzacji każda kolejna fala podwyżek będzie destabilizować ich finanse.
W efekcie negocjacje utknęły między trzema sprzecznymi oczekiwaniami: medyków, którzy chcą gwarancji realnego wzrostu płac; rządu, który musi zmieścić się w budżecie; i pracodawców, którzy walczą o utrzymanie płynności. Choć wszystkie strony deklarują wolę rozmów, nikt nie ukrywa, że z każdym miesiącem kompromis będzie trudniejszy — szczególnie jeśli zmiany mają dotyczyć fundamentów ustawy, która stała się jednym z kluczowych elementów polityki płacowej w ochronie zdrowia. Kolejna runda negocjacji Trójstronnego Zespołu została wyznaczona na 2 grudnia, co oznacza, że w najbliższych dniach spór o kształt podwyżek wróci na forum oficjalnych rozmów.

