Barometr powstaje w oparciu o rzeczywiste próby zapisu pacjentów do placówek medycznych. Ankieterzy, podszywając się pod pacjentów z konkretnymi problemami zdrowotnymi, kontaktują się z rejestracjami i sprawdzają, jak długo trzeba czekać na poradę, badanie lub zabieg. To metoda, która nie opiera się na deklaracjach systemowych, ale na praktyce funkcjonowania ochrony zdrowia „od strony pacjenta”.
Nie wszędzie czeka się tak samo, ale problem jest systemowy
Choć średnia wynosi 4,2 miesiąca, w wielu dziedzinach czas oczekiwania znacząco ją przekracza. Najdłuższe kolejki dotyczą procedur planowych i wybranych specjalizacji zabiegowych. W chirurgii plastycznej pacjenci czekają blisko rok, bardzo długie terminy dotyczą także stomatologii, ortopedii i traumatologii narządu ruchu, neurochirurgii czy otolaryngologii. W przypadku wizyt u niektórych specjalistów czas oczekiwania przekracza dziewięć, a nawet dwanaście miesięcy.
Z drugiej strony są obszary, w których dostępność jest relatywnie lepsza. Krócej czeka się na świadczenia z zakresu radioterapii onkologicznej, neonatologii czy medycyny paliatywnej. To jednak nie zmienia faktu, że pacjent wymagający diagnostyki lub konsultacji specjalistycznej w wielu przypadkach musi liczyć się z długim oczekiwaniem, niezależnie od pilności problemu zdrowotnego.
E-rejestracja porządkuje zapisy, ale nie tworzy nowych świadczeń
Jednym z rozwiązań, które mają poprawić dostęp do lekarzy, jest centralna e-rejestracja. Od początku 2026 roku część placówek została zobowiązana do włączenia się do systemu, a zakres jego obowiązywania ma być stopniowo rozszerzany. Resort zdrowia wskazuje, że już w pierwszych dniach funkcjonowania rozwiązania udało się uwolnić kilka tysięcy terminów wizyt, które wcześniej pozostawały „zablokowane” przez nieodwołane zapisy.
To realna korzyść organizacyjna, szczególnie dla pacjentów pierwszorazowych. E-rejestracja porządkuje proces zapisów, ogranicza dublowanie terminów i zmniejsza liczbę wizyt, na które pacjenci się nie zgłaszają. Nie rozwiązuje jednak podstawowego problemu – liczby dostępnych świadczeń. System informatyczny nie zwiększy liczby lekarzy, nie wydłuży kontraktów i nie zmieni wycen procedur. Może poprawić przepływ pacjentów, ale nie zastąpi decyzji systemowych.
Pieniądze w systemie są, ale nie tam, gdzie trzeba
Dyskusja o kolejkach coraz częściej odrywa się od prostego pytania o wysokość nakładów na ochronę zdrowia. Problemem nie jest już wyłącznie to, ile pieniędzy trafia do systemu, ale jak są one dystrybuowane. W wielu obszarach ochrony zdrowia obowiązujące wyceny świadczeń nie odpowiadają realnym kosztom ich realizacji. Placówki ograniczają więc liczbę wykonywanych procedur albo rezygnują z nich całkowicie, bo przynoszą straty finansowe.
To prowadzi do paradoksu: formalnie pieniądze są w systemie, ale pacjent i tak czeka. Z punktu widzenia chorego nie ma znaczenia, czy problemem jest wycena, kontrakt czy brak personelu – liczy się fakt, że termin jest odległy. Barometr pokazuje, że bez zmiany mechanizmów finansowania nawet najlepiej zaprojektowane narzędzia organizacyjne nie przełożą się na realną poprawę dostępności.
Kolejki jako stały element systemu
Tegoroczny raport potwierdza coś, co środowisko medyczne i pacjenci wiedzą od dawna: kolejki stały się trwałym elementem polskiej ochrony zdrowia. Nie są już traktowane jako sygnał alarmowy, ale jako stan normalny, z którym system nauczył się funkcjonować. E-rejestracja, cyfryzacja i kolejne zmiany proceduralne mogą poprawić zarządzanie tym problemem, ale nie eliminują jego przyczyn.
Jeżeli kolejki mają się realnie skrócić, konieczne są decyzje wykraczające poza techniczne usprawnienia: zmiana wycen świadczeń, lepsze planowanie dostępności, realne wsparcie placówek i kadry medycznej oraz jasne określenie priorytetów zdrowotnych. Bez tego kolejne raporty będą przynosić podobne wnioski – a pacjenci nadal będą czekać.

